Teoria zamachu w Smoleńsku ma swoich  wiernych zwolenników. Bezpośrednich dowodów brak, jednakże systematycznie odkrywane błędy w prowadzonym śledztwie, raport MAK wreszcie raport Millera, powodują iż zwolennicy teorii zamachu czują się coraz pewniej.  Dodatkowo mobilzuje postawa jej krytyków. Polega ona głównie na wyśmiewaniu, wysyłaniu do psychiatry tudzież po prostu kwitowaniem jakimś prostackim epitetem. Jednak teoria zamachu już wobec obecnie znanych faktów musi budzić pewne watpliwości: Oto niektóre z nich:

1. W pierwszych godzinach (dniach?) po katastrofie prezydent Miedwiedew miał zaproponować wspólne prowadzenie śledztwa - czy gdyby chciano przeprowadzić zamach, w ogole rozważanoby takie ustępstwo. Czy to nie byłoby zbyt ryzykowne z punktu widzenia Rosjan?

2. Zabezpieczenie terenu katastrofy - a raczej jego brak. Każdy mógł się dostać na teren tragedii w pierwszych tygodniach po katastrofie. I znowu czy ktoś kto przeprowadza zamach, nie starałby się całkowicie zabezpieczyć (dla swoich celów, by nie dopuścić osób trzecich w dostepie do dowodów). A jednak wynoszono resztki samolotu i sprowadzano do Polski. Czy jeśli byłby to zamach, zabezpieczenie terenu i ewentualnych dowodów zbrodni nie byłoby w interesie zamachowców?

3. Rola kontrolera lotów Plusnina - z dostępnych informacji wynika, iż chciał on odesłać Tupolewa na zapasowe lotnisko, dopiero telefon z Moskwy i Krasnokutski wymusił na nim by zachęcał do lądowowania. Czy gdyby planowano zamach nie staranoby się postawić w roli kontrolera lotu zaufanego człowieka, który by wypełniał ich zadania zgodnie z planem?

A zatem jeśli przyjąć powyższe zastrzeżenia trzeba by uznać, że jesli to był zamach to przeprowadzony został bardzo niedbale, zwiększając prawdopodobieństwo jego wykrycia. Czy rosyjskie służby (bo to je głownie stawia się potencjalnych wykonawców zamachu) są aż tak nieprofesjonalne?